Obserwatorzy

Pewnego razu w Wenecji




Witajcie

Zauważyłam, że na blogach podróżniczych dominują ostatnio Włochy.  W tym przypadku nie będą oryginalna. Dzisiaj opiszę jeden z najpopularniejszych ośrodków turystycznych we Włoszech a mianowicie Wenecję. Miałam przyjemność odwiedzić to bajeczne miasto parę lat temu. Podczas kilku dni pobytu  spacerowałam wąskimi uliczkami, robiłam zdjęcia i chłonęłam włoską atmosferę.

Cała Wenecja ze względu na swoje położenie oraz nietypową architekturę została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.  To właśnie z Wenecji pochodzi  znany podróżnik Marco Polo oraz najsłynniejszy kochanek Casanova.  

Wenecja to także miasto kanałów. Położona jest na bagnistych wyspach Morza Adriatyckiego. Transport odbywa się jedynie drogą wodną. Nie ma w nim samochodów, za to nie sposób nie spotkać motorówek, łodzi czy gondoli. Najlepszym środkiem transportu w Wenecji  są tramwaje wodne.  Możemy też zatankować motorówkę w jednej z przykanałowych stacji benzynowych.
Stacja benzynowa

Poruszając się kanałami nie spotkamy znaków drogowych, jednak by uniknąć zderzenia, na skrzyżowaniach zamontowano lustra.





Najsłynniejszym kanałem jest Kanał Grande, który dzieli miasto na dwie części. Kanał ten ma ok 4 km długości. Brzegi miasta łączą cztery mosty: 
Most Akademii
Most Bosych
Most Rialto
Most Konstytucji

Kanał Grande






Ponad kanałami rozwieszone są liczne mosty łączące brzegi miasta. Ciekawą historię posiada most Ponte delle Tette ( Most Cycków) . Jego nazwa pochodzi od nagich biustów Pań , które w XVI wieku wysiadywały w oknach kamieniczek i wabiły młodzieńców. Miało to na celu zapobieganiu szerzącemu się wśród obywateli miasta homoseksualizmowi. 







Patronem miasta jest święty Marek, dlatego sercem Wenecji jest Plac św Marka przy którym znajdziemy główne zabytki takie jak : Pałac Dożów, Most Westchnień, Wieżę Zegarową, dzwonnicę św. Marka, kościół San Giorgio Maggiore, Palazzo Grassi oraz synagogi.

Dzwonnica św. Marka



 Na dzwonnicę warto wejść aby obejrzeć przepiękną panoramę miasta.



Pałac Dożów widziany z dzwonnicy św. Marka

Kościół San Gorgio Maggiore
Wieża zegarowa na placu św. Marka
Bazylika św. Marka


Warto wspomnieć o najstarszym zawodzie gondoliera. Kiedyś był to szanowany zawód, który stanowił podstawę transportu miejskiego. W obecnych czasach jest jedną z głównych atrakcji turystycznych. Koszt podróży gondolą to ok.  80 EUR.  

Jak na moją kieszeń to spory wydatek, ale z drugiej strony być w Wenecji i nie płynąć gondolą ? Znalazłam tzw. złoty środek. Skorzystałam z przeprawy gondolą z jednego brzegu miasta na drugi , co kosztowało jedynie 3 EUR. 



Zaparkowane gondole a na drugim planie kościół San Gorgio Maggiore


Po całym dniu włóczenia się wąskimi uliczkami miasta, kiedy zaczyna doskwierać głód, warto wybrać się na typową włoską pizze. Wiele restauracji, pizzerii położonych jest na wodzie, nad samymi kanałami. Za zwykłą pizzę ( Margaritę) zapłacimy ok 20 EUR. Może to i dużo, ale  ten kawałek ciasta, umazany keczupen nigdzie  nie smakuje tak samo jak w Wenecji.  W promieniach zachodzącego słońca, przy kieliszku dobrego wina i z takim widokiem wszystko nabiera niepowtarzalnego smaku.

Wbrew powszechnej opinii  w Wenecji nie śmierdzi. 
Miałam to szczęście , że parę dni przed moim przylotem mocno padało. Dzięki intensywnym opadom deszczu, nie było czuć zapachu stęchlizny, który podobno unosi się nad  miastem podczas odpływów, szczególnie w suche i gorące dni.





Na zakończenie jeszcze kilka ujęć pokazujących urok i niepowtarzalny klimat Wenecji. 




Włochy mają w sobie to coś co przyciąga.  Już niedługo odwiedzę Kalabrię. Przespaceruję się uliczkami Tropei i zdam relację jak było :) 

Wycieczka w poszukiwaniu wielorybów oraz Cayo Levantado




Cayo Levantado

Będąc na Dominikanie wykupiłyśmy wycieczkę na obserwację wielorybów.   Jak się okazało, oprócz rejsu na wieloryby, był także rejs na tak zwana wyspę Bacardii, czyli półwysep Cayo Levntado. 


Byla to glówna atrakcja wycieczki. Na wieloryba nie natrafiliśmy, ale może to i lepiej :)


Jeśli jednak komuś będzie zależało na zobaczeniu wieloryba, to najlepszym terminem  na taką wycieczkę będzie okres od połowy stycznia do połowy marca. My byliyśmy 15 marca, ale nie natrafiłyśmy już na żadnego humbaka. Widocznie już odpłynęły.

Zatoka Samana Bay to miejsce do którego co roku przypłaywają wieloryby, aby w  karaibskim morzu  wydać na świat potomstwo. Przypływają tu z chłodnych, północnych wód Oceanu Atlantyckiego, aby w ciepłych wodach zatoki urodzić młode. Wieloryby podobnie jak my robią sobie wakacje u wybrzeży Dominikany. Swoją radość okazują widowiskowymi skokami pond powierzchnię wody.  Wtedy właśnie możemy je obserwować.


Ciało dorosłego humbaka osiąga 16-18 m długości, a waga przekracza 30 ton. Spotakanie z jednym z najwięch ssaków na świecie musi być niezapomnianym przeżyciem.
No ale wielorybów nie było. Mieliśmy za to postój oraz lunch na rajskiej wyspie Bacardi, na której nagrywano reklamę znanej marki rumu.

https://www.youtube.com/watch?v=KTbVT-awvN8 

Na wyspie można przebywać maksymalnie do 18:00. Później jej urokami mogą delektować się jedynie goście hotelu Luxury Bahia Principe Cayo Levantado Resort.


Zbliżając się do wyspy, podziwiamy turkus morza, kokosowe palmy, istny raj.  Co tu dużo pisać, wystarczy popatrzeć :)
































W egzotycznym, tropikalnym lesie porastającym środkową część wyspy, znajdują się  knajpki serwujące olbrzymie langusty, ryby, owoce morza. Możemy także zamówić drinka picacoladę podawanego w ananasie lub słynny drink coco-loco w skorupie kokosa. Kosztuje około 5 dolarów.

Jednak najprzyjemniej jest zanużyć się w krystalicznie czystej wodzie.






Mam nadzieje, że kiedyś tam wrócę :)



Wycieczka do Higuey - Dominikana




Kiedy już wszystkie drinki z palemką nam  się znudzą, kiedy przepłyniemy basen wzdłuż i wszerz, a słońce za bardzo nas przypiecze, to znak, że pora wyruszyć poza hotel.  Warto spotkać lokalnych mieszkańców i zobaczyć co słychać w prawdziwym życiu. 

Niewiele myśląc wyruszyłyśmy z mapką i dobrym humorem poza bramy hotelu.  Od razu podjechał do nas Pan proponując moto-taxi . Rezydentka wspominała, że ta forma poruszania się po okolicy nie należy do najbezpieczniejszych, dlatego grzecznie podziękowałyśmy. 




Tuż przy naszym hotelu znajdował się przystanek autobusowy. Oczywiście rozkładu jazdy nie było. Siedziałyśmy we dwie, białoskóre europejki,  a pozostali to ciemnoskórzy Dominikańczycy. Od razu wzbudziłyśmy zainteresowanie. Czułam, że czeka nas niezła przygoda.

Zaczęłam obracać mapę w prawo i lewo, aby ocenić kierunek w jakim powinnyśmy pojechać do miasta Higuey, w którym to znajduje się  lokalny targ a także Bazylika Nuestra Senora de Altagracia- cel pielgrzymek. 

Miałyśmy sporo szczęścia, gdyż  jechał tam jeden z naszych hotelowych kelnerów. Powiedział, że nam pomoże.  Wsiadłyśmy do lokalnego busa, czyli dominikańskiego "guagua" i po 40 minutach dojechałyśmy do miasta. Miałyśmy zupełnie inne wyobrażenie o tej miejscowości. Spodziewałyśmy się marketu z koszyczkami, przystanku autobusowego, przejścia dla pieszych. A co zastałyśmy ? :)   Jeżdżących z każdej strony i w każdym kierunku motocyklistów, blaszane domy i stragany.
 Wystarczyłaby chwila nieuwagi aby wpaść pod motor lub auto. Dobrze, że był z nami nasz przewodnik, który przeprowadzał nas nawet  przez jezdnię.




Poszłyśmy na lokalny targ, na którym było dosłownie wszystko. Nigdzie do tej pory nie widziałam tylu  gatunków owoców, warzyw, przypraw, mięs. Musiałyśmy uważać na kieszonkowców, gdyż panował tam spory tłok.






No to jedziemy z tym kokosem :)




Wycieczka ta udała się tylo dzięki naszemu kelnerowi, który służył nam  jako lokalny przewodnik. Bez niego byśmy sobie raczej  nie poradziły. Prawdopodobnie zostałybyśmy okradzione i rozjechane :)



Oprowadził nas wszędzie tam gdzie tylko chciałyśmy. Zrobiłyśmy małe zakupy i uznałyśmy, że pora wracać. 

W lokalnym biurze taka wycieczka kosztowałaby minimum 50 USA. My miałyśmy przejazd za 5 USD w dwie strony, plus prywatnego przewodnika.

Z hotelowego mini baru, wzięłyśmy na drogę puszkę  piwa, które posłużyło jako wynagrodzenie dla naszego przyjaciela. Nie dałyśmy mu zarobić, bo same nie miałyśmy już pieniędzy.  Zamiast napiwku dostał po prostu piwo :)